Lina klinem, czyli rozczarowania sezonu a teoria względności

Jak na Krytykę przystało, tekst ten będzie na wskroś krytyczny – traktować będzie bowiem głównie o tym, kto (jak do tej pory) sprawił nam największy zawód. Poza tym nie zostawię suchej nitki na hype’ie wokół Jeremy’ego Lina, tylko po to, by w niespodziewany sposób dojść do łączącej wszystkie wątki konkluzji.

Kiedy Kenny, Charles i Shaq rozmawiali w studio z EJ’em na temat największych rozczarowań, Barkleyowi udało się uroczo zabawić słowami, opisując jedną z drużyn, która po pierwszej kwarcie sezonu zasługuję na naganę: „I call them the Bullets, ‘cause I wanna shoot ‘em”. Mowa tu oczywiście o Washington Wizards. Cóż, trudno się dziwić takiej opinii. Czarodzieje ze stolicy są drużyną młodą, jak żadna inna pełną talentów (no, może poza Miami), z których pożytku nie robią. Bobcats dla odmiany są po prostu słabi, podobnie jak Detroit. I tak, jak ciężko winić kogoś, kto nie umie grać, za to, że grać nie umie, podobnie niezrozumiałe jest dla mnie obwinianie młodego zawodnika lub całej drużyny za to, że nie rozwijają się dostatecznie szybko. Szczególnie ciężko o progres w sytuacji, w której młode gwiazdki zupełnie nie mają od kogo się uczyć, z czyjego doświadczenia czerpać. Dla przykładu: w Orlando karierę kończył a później do trenerskiego sztabu wstąpił Pat Ewing, nieoceniona pomoc dla Dwighta (który i tak odrabiał pracę domową ćwicząc m.in. z Hakeemem).

Weźmy takich Raptors. Chuck wymienił ich jednych tchem z całą resztą drużyn zawodzących. Dużych szans nie dawał im też „ten drugi, co ze mną bloguje”. Wiadomo, kanadyjska drużyna w amerykańskiej lidze, składająca się od lat w głównej mierze z Europejczyków, która prawdopodobnie nie wygrałaby nawet Euroligi. Cóż prostszego niż wieszanie psów na zespole, o którym wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczą, by nie traktować go poważnie? Maksimum sympatii wobec składu z Toronto, to traktowanie ich z rezerwą – jak ubogiego krewnego z prowincji, albo z pełnym wątpliwości markowanym szacunkiem – jak księdza z wizytą po kolędzie.

Ale czy Raptors faktycznie tak słabo sobie radzą? Patrząc na bezwzględne dane: tak, bez dwóch zdań. W Konferencji lepsi są jedynie od najbardziej oczywistych pokrak i pechowców (wspomniani wcześniej Bobcats i Wizards oraz Nets) a jedno zwycięstwo więcej od nich mają nawet – radzący sobie tak dobrze, jak ścięgno Billupsa – Pistons. Czemu jednak mamy patrzeć jedynie na bezwzględne wartości, takie jak miejsce w tabeli? Takie spojrzenie ma sens w przypadku, gdy patrzymy na drużyny z czołówki, na title-contender’ów.  Wtedy nie obchodzi nas jak oni to robią, jaki mają skład, co robi trener – rozliczamy z wyników. Mogą grać najbrzydszą koszykówkę na świecie, nie segregować odpadków i nie chodzić głosować – mają wygrywać. Bez skrupułów wyśmiejemy każdego, kto powiedziałby, że piąte miejscu Lakersów na Zachodzie to całkiem dobry wynik. Miejsce w tabeli dobrze odzwierciedla potencjał ich składu, trenerskie umiejętności Mike’a Brown’a i wolne miejsce w salary cap. Kogo to obchodzi? Przecież to Lakers, kandydaci do tytułu! Mają (muszą!) wygrywać i tyle. Nikt nie zastanawia się czemu idzie im tak, a nie inaczej: nie myślimy o tym, że poza Umiarkowanie Dużą Trójeczką nikt tam nie gra w koszykówkę, że Kobe punktuje jak za czasów, gdy wybierał się na Plutona, że Pokój Na Świecie się nie sprawdza, a te 9 milionów trade exception jakoś nie przybliżają Lakersów do zobaczenia odbicia swoich oblicz w trofeum Larry’ego O’Briena.

Wystarczy o Lakers. Chodziło o zarysowanie ważnej dystynkcji w ocenianiu poczynań drużyn – tych z samej góry rozliczamy za wyniki, tych słabszych natomiast traktujemy proporcjonalnie do ich możliwości. Dunkami Nate’a podniecamy się bardziej niż wsadami Yao, bo wymagają od niego – dosłownie i w przenośni – wzniesienia się na wyższy poziom, podczas gdy w przypadku Minga wystarczyłoby, by stanął na palcach. Chociaż wiemy, że at the end of the day oba warte są tylko dwa punkty.

Te wszystkie pokraczne wywody zbliżają nas do konkluzji, że Raptors wcale nie radzą sobie tak źle. Skład mają słaby, to oczywiste. Ich największa gwiazda, spiritus movens ataku (23 punkty na mecz w tym sezonie) i najmniej produktywny gracz w obronie zarazem – Andrea Bargnani jest kontuzjowany. Podobnie, regularnymi występami nie mogą pochwalić się inni, solidnie punktujący gracze, Linas Kleiza i Jerryd Bayless. Mimo wszystko udaje im się wygrać np. z Celtics. Nigdy nie wiadomo bowiem skąd padnie cios – czy będzie to co do milimetra uszyta asysta, grającego bardzo solidny sezon, Calderona, czy może wsad wciąż uczącej się młodej gwiazdki, DeMara DeRozana, czy może seria celnych trójek Leandro Barbosy. Podobnie sprawa ma się z Cleveland czy Utah (o Spurs nie wspominając!); to drużyny po których mało kto spodziewał się dobrych wyników, a grają zupełnie sensowną koszykówkę.

Póki co wygląda na to, jakbym zamiast krytykować, wolał rozpływać się nad tym, jak to fajnie, że Wizards wygrali siedem spotkań, podczas gdy Chicago tyle samo meczy przegrało, wygrywając  przy tym 24 (w tym część bez Rose’a). Wiadomo – bywa różnie, każdy zespół boryka się ze swoimi problemami i nie należy w związku z tym usprawiedliwiać słabeuszy. Zgadzam się z tym w stu procentach (w końcu sam to napisałem), są jednak przypadki, gdzie zespół ma prawie wszystko, a wyników nie widać – i nikogo to już nie dziwi.

Fajny ten Lin, prawda? W każdym meczu bije jakiś rekord, wygrywa mecze dla Knicks, a wszystko to śpiąc na kanapie u brata! Do tego ta jego background story! Mimo, że oczy bolą już od kolejnych nagłówków ze sprytnie wplecionym nazwiskiem pierwszego skośnookiego Amerykanina w NBA, obiema rękami podpisuje się pod hype’m, który wokół tego gracza narósł w ostatnich dniach. Lin, bardziej niż buzzer-beater’ami, zachwyca mnie stałością formy w kontekście nagłego objawienia się jego talentu. Na usta ciśnie się pytanie „jak to możliwe, że nikt go do tej pory nie dostrzegł?!”. Bo to przecież nie jest tak, że Jeremy wypił eliksir królika Buggs’a z „Kosmicznego Meczu” albo nagle uwierzył w swoje możliwości, pokonując psychologiczną blokadę. W rozgrywkach preseason walczył przeciwko Wallowi jak równy z równym, a i w Golden State parokrotnie zdarzały mu się mecze, w których zdobywał po kilkanaście punktów lub trafiał rzuty równo z końcową syreną. Talent Lina jest niezaprzeczalny i był systematycznie rozwijany przez ostatnie półtora roku w NBA. Dlaczego jednak stało się tak, jak się stało? Odpowiedzią na to pytanie jest beznadziejna kondycja New York Knicks, drużyny, która w moim odczuciu radzi sobie najgorzej, proporcjonalnie do ilości talentu, doświadczenia trenera i ogarnięcia zawodników.

Pierwszy grzech główny Knicks: Carmelo. Chciał grać w big market, to gra. Szkoda, że zupełnie sam. Nie podaje w ogóle, a i trafiać powinien więcej. Nie należy jednak w stu procentach winić go za wyniki Nowojorczyków.  Odpowiedzialny za to jest bowiem trener Mike D’Antoni. Człowiek, który zapomniał, że nie jest już w Phoenix i że żeby móc nie bronić, trzeba zdobywać dużo punktów. Człowiek, który zapomniał, że nawet Kobemu, żeby zamknąć mecz przydaje się jakaś zasłona (nie mówiąc o rozpisaniu całej akcji) – jego taktyka na końcówki wszystkich spotkań, to klasyczne „piłka do Carmelo i niech się dzieje wola nieba!”. Ten człowiek zapomniał też chyba o tym, że podczas gdy Anthony i Amare to samograje, ich największy transfer lata – Tyson Chandler, potrzebuje rozgrywającego, który dostarczy mu piłki w ataku, a w obronie zawodników, którzy zdecydują zdać się na jego przywództwo.  Tylko w drużynie, w której panuje taki bałagan, podczas nieobecność Carmelo (najgorszy ballstopper współczesnego basketu), Stoudamire’a i Barona Davisa, miał szanse rozwinąć skrzydła zawodnik tak mądry, jak Jeremy Lin. Jedyne, czego potrzebował to trochę playing time i brak trutni wokół siebie.

Co dalej z Linem? Nie spodziewajmy się przesadnych fajerwerków. Jeremy na pewno pozostanie solidnym, klasycznym rozgrywającym; prawdopodobnie ligowym średniakiem. Jego wyczyny musiały po części wynikać z braku znajomości jego gry. Kobe, który sam przyznał, że nie wiedział wcześniej kim jest Lin, bo nie było go na odprawach z materiałami wideo, pod koniec meczu z Knicks oznajmił trenerowi, że to on będzie go kryć. Po raz kolejny w historii zespołu Knicks pokazali, że mają więcej szczęścia, niż rozumu. Jeremy’emu, który pokazał, że umie grać, poprzeczkę stawiamy wyżej, proporcjonalnie do dotychczasowych dokonań. Slogan ligi to „where amazing happens”. Liczymy, że erupcja talentu Lina nie będzie kolejnym zjawiskiem, które się w NBA zdarzyło, tylko potrwa niczym Steve Nash!

bjb

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: