Kto do Orlando, kto na ryby?

Weekend gwiazd już za dwa i pół tygodnia, ogłoszenie rezerwowych, którzy w tymże meczu wystąpią już za dwa i pół dnia, można więc uznać, że to znak od boga Davida Sterna, by uprzedzić jego ruch i przekazać światu, kto tak naprawdę powinien wystąpić w Orlando. Podobnie jak przy głosowaniu na nagrodę MVP, także w przypadku Meczu Gwiazd rodzi się pytanie – nagradzać raczej za indywidualne osiągnięcia, czy też brać pod uwagę tylko zawodników z czołowych drużyn. Pytanie stare jak to o jajko i kurę, zamiast więc na nie jednoznacznie odpowiedzieć, przedstawiamy nasze typy, a ocenę pozostawiamy historii naszym trzem czytelnikom.

WSCHÓD

Skrzydłowi

Wybranie do pierwszej piątki Carmelo Anthony’ego zamiast Chrisa Bosha, świadczy o tym, ze po pierwsze primo, fani NBA nie znają się na koszykówce, po drugie primo, że warto oddawać 58025 rzutów w meczu, a przy tym nie zbierać, nie bronić i nie  wpływać pozytywnie na kolegów i po trzecie primo, ultimo, że ludzie wolą jednak oglądać na boisku ludzi, a nie dinozaury. A szkoda, bo Bosh rozgrywa świetny sezon, pogodził się z rolą trzeciej opcji w ataku Heat i wywiązuje się z niej doskonale, poprawił też grę w obronie, a od nieobecność Wade’a, tworzył z LeBronem jeden z najlepszych duetów w lidze. No i skoro być może Lakers będą mieli aż trzech graczy w Meczu Gwiazd, tym bardziej powinni ich mieć Heat.

Paul Pierce nie jest: ikoną stylu, posiadaczem ładnego zarostu, kimś, kto spędza zbyt dużo czasu na siłowni. Paul Pierce jest: mentalnym i boiskowym liderem Bostonu, jednym z najlepszych clutch-playerów w lidze (i to mimo, ze zawsze kończy mecze tym samym rzutem), jednym z najlepszych zawodników w historii jednej z najlepszych drużyn w historii. Dla Raya Allena i Kevina Garnetta czasy regularnych występów w Meczu Gwiazd należą już do przeszłości. To Pierce (poza Rajonem Rondo) powinien reprezentować schodzących ze sceny Celtics w Orlando.

Co roku historia się powtarza: Atlanta Hawks grają na tyle dobrze, że ktoś od nich powinien zagrać w Meczu Gwiazd. I zawsze pada na Ala Horforda i Joe Johnsona. W tym roku Horford odpada ze względu na kontuzję, a Johnson z powodu tego, że jak na to ile zarabia i jaką rolę powinien pełnić w drużynie, niebezpiecznie zbliża się do bycia Rashardem Lewisem z lat 2008-2010. Dlatego, a także z powodu mniejszej niż zwykle konkurencji wśród skrzydłowych  naprawdę dobrej gry Smitha, to on powinien reprezentować Hawks w Orlando. Należy oczekiwać, że za ten wybór zrewanżuje się przynajmniej jednym zagraniem w tym stylu.

Center

Obecność Roya Hibberta w tym zacnym gronie spowodowana jest tyleż postępami, który center Indiany robi z sezonu na sezon, ileż totalnym brakiem konkurencji na jego pozycji. Al Horford i Andrew Bogut są  kontuzjowani, Joakim Noah gra słabiej niż rok temu, a Spencer Hawes, który podobnie jak Hibbert dostaje dodatkowe punkty za świetne wyniki drużyny, ma jednak słabsze statystyki niż gracz Indiany, poza tym, kto chce oglądać w Meczu Gwiazd białe drewno? Dlatego do Orlando niech pojedzie Hibbert, niech zagra dziesięć minut, i niech się cieszy, bo w latach ’90 nie byłby nawet na kuponie do głosowania na pierwsze piątki.

Obrońcy

Rondooooooooooooo chciało by się zacytować Chris Webbera, patrząc na to, czego w tym sezonie dokonuję młody rozgrywający z Bostonu. Mimo iż wciąż nie umie rzucać, mimo że walczy z kontuzjami, mimo że jego koledzy albo, przy odrobinie fantazji w stylu Karla Malone’a mogliby być jego ojcami, albo przy odrobinę mniejszej fantazji, mogliby grać w Prokomie, Rondo jest chyba najlepszym klasycznym rozgrywającym w lidze. Nie zdobywa punktów z taką łatwością jak Chris Paul, nie jest tak dynamiczny jak Russell Westbrook i nie nakręca kontrataków z taką fantazją jak Steve Nash, ale we wszystkich tych dziedzinach znajduje się w ścisłej czołówce ligi, a do tego jest najlepszym obrońcą na pozycji numer jeden. I tak jak Chris Bosh powinien być w pierwszej piątce Wschodu zamiast Carmelo, tak rondo powinien w niej zająć miejsce Dwyane Wade’a.

Podobnie jak Smith i Hibbert, także Iguodala zaproszenie do Orlando zawdzięcza w większej mierze swoim kolegom i trenerowi, niż własnej rewelacyjnej grze. Andre gra bowiem bardzo dobrze, jest jednym z najlepszych obwodowych obrońców w NBA, a w kategorii najlepiej lądujących piłkę z góry od lat znajduje się w czołowej piątce ligi, ale nie jest All Starem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Bo ani nie ma rewelacyjnych statystyk (13, 6 i 5), ani nie jest zdecydowanym liderem swojej drużyny, ani nie jest wielką gwiazdą, która promuje ligę na całym świecie. Ale że ktoś z Sixers w Meczu Gwiazd zagrać musi, lepiej, żeby był to efektowny Iguodala, niż np. Elton Brand. A że na mecz przemyka się kuchennymi drzwiami jako obrońca, chociaż bliżej mu do niskiego skrzydłowego? Top tylko dowód na to, że klęska nieurodzaju dotknęła w tym roku nie tylko centrów, ale i skrzydłowych.

Wreszcie! Po Smithach i Iguodalach, oto ktoś, kto na występ w Orlando zasłużył własną efektywną i efektowną grą, a nie tym, że gra w dobrej drużynie! Jennings zadebiutował w NBA w wymarzony sposób, jako Rookie doprowadził swój zespół do Play-offów, w jednym z meczów zdobył 55 punktów i był, wraz z Andrew Bogutem, liderem i przywódcą świetnie zapowiadającej się drużyny z piwnej stolicy USandA. W drugim sezonie Brandon, podobnie jak cała ekipa Bucks, zaliczył spory regres i można było się obawiać, czy młody rozgrywający nie pójdzie śladem swojego kolegi z draftu, Tyreke’a Evansa, który po zdobyciu nagrody debiutanta roku dość mocno umarł. W sezonie Jennings notuje jednak najlepsze w karierze zdobycze punktowe, skuteczności z gry, za trzy i z linii osobistych, a także prowadzi drużynę z Milwaukee do niezłych wyników i to mimo, że niemal każdy z najważniejszych jej zawodników stracił już po kilka meczów z powodu rożnych kontuzji. A w samym Meczu Gwiazd można oczekiwać, że Jennings wraz z Dwightem Howardem wyzwą na alley-upowy pojedynek Chrisa Paula i Blake’a Griffina.

ZACHÓD

Skrzydłowi

O postępach, jakie z sezonu na sezon robi Kevin Love pisaliśmy już wiele razy, dlatego teraz możemy skoncentrować się na tym, czego skrzydłowy z Minneapolis dokonuje w tym roku. A dokonuje rzeczy wielkich jak stopa Willa Perdue; w pierwszych piętnastu meczach sezonu zaliczał double double, i były to double double na poziomie 25-15, a nie Marcinowe 15-10, trafił fantastyczny rzut za trzy, który dał Wolves zwycięstwo w meczu z Clippers, jest liderem drużyny, która obok tychże Clippers może zaliczyć największy postęp z sezonu na sezon i pokazuje na każdym kroku, że nie trzeba mieć dwumetrowego wyskoku, żeby wygrywać walkę o zbiórki z wyższymi o głowę rywalami. I nawet chamskie zachowanie w meczu z Houston  nie zmieni faktu, że wszyscy kochają Kevina Love.

Wygląda na to, że po zakończeniu kariery przez Brandona Roya, LaMarcus Aldridge zajmie jego miejsce w Meczu Gwiazd, które co roku przypada drużynie z Portland. Blazers bowiem, to ekipa, która o mistrzostwo raczej nie powalczy, ale w tym składzie i z tym trenerem będzie grać w Play-offach regularnie. Aldridge na miejsce wśród rezerwowych zasłużył nawet bardziej niż “gwiazdy” ze wschodu w stylu Roya Hibberta, bo i statystyki ma bardziej okazałe (24, 9 i 3) i jest zdecydowanym liderem swojej ekipy.

Ostatnie miejsce dla skrzydłowego zachodu równie dobrze mogło przypaść Danilo Gallinariemu (ale właśnie złapał kontuzję), Timowi Duncanowi (ale jest stary i rozgrywa najgorszy sezon w karierze), Luisowi Scoli (ale ma przeciętne statystki, a nawet z lepszymi nie łapał się  na Mecz Gwiazd), DeMarcusowi Cousinsowi (ale jego drużyna jest ścierwem, a nie powinna być), bądź Staremu Gasolowi (ale trzech zawodników z tak marnej ekipy to lekka przesada). Nasz wyborów padł więc na silnego z Utah, bo i statystyki ma przyzwoite (16, 10 i 2) i jego drużyna gra lepiej niż można było oczekiwać (aktualnie piąte miejsce na zachodzie) i Millsap to dający nadzieję wszystkim niekoniecznie utalentowanym, za to bardzo pracowitym zawodnikom, że sukces w NBA jest w ich zasięgu. Niech ma.

Center

Co prawda Grizzlies grają zdecydowanie poniżej przedsezonowych zapowiedzi  i oczekiwań, ale jest to w dużej mierze spowodowane kontuzją ich lidera, Zacha Randolpha. Pod jego nieobecność jeszcze większa odpowiedzialność spała na Młodego Gasola i ten wywiązuję się z niej co najmniej przyzwoicie. Ma niezłe statystyki (15, 10 i 3, a także ponad dwa bloki na mecz), wraz z Rudym Gayem i Mikem Conley’em jest liderem stosunkowo młodej drużyny z Memphis i także dzięki małej konkurencji na zachodzie (bo Gortat gra w słabej drużynie, a Nene ma słabsze od Gasola statystki) zasłużył, by zagrać w Meczu Gwiazd w miejsce swojego starszego brata, Starego Gasola.

Obrońcy

W przypadku Steve’a Nasha na wyniki jego drużyny warto patrzeć jedynie w tym sensie, że bez niego Suns byliby gorsi nawet od Charlotte. I choć Phoenix w Play-offach nie zagrają, to czego w tym roku (i w siedmiu poprzednich) dokonuje Kanadyjczyk, przejdzie do historii NBA. Znów jest liderem klasyfikacji asyst w całej lidze, znów rzuca z absurdalnie dobrą skutecznością (56 proc. z gry, 45 za trzy i 88 z linii osobistych), znów prowadzi złożoną z przeciętnych zawodników drużynę do w miarę przyzwoitych wyników i znów kreuje Marcina Gortata niemal na gwiazdę ligi. I za to wszystko, a także za to, że za rok uratuje Knicks, zasłużył sobie na wyjazd do Orlando na koszt ligi.

Thunder są liderem całej NBA i choćby z tego powodu należą im się dwa miejsca w Meczu Gwiazd. Ale nawet gdyby Oklahoma była na siódmym miejscu na zachdozie, i tak jej rozgrywający zasłużył na występ w Orlando. Znów ma świetne statystyki (22, 6 i 5), znów w każdym niemal meczu pokazuję, że wśród rozgrywajacych jedynie Derrick Rose może się z nim równać jeśli chodzi o dynamikę i wyskok, i wreszcie znów sprawia, że czasem można zastanawiać się kto jest liderem lidera ligi (chociaż tak naprawdę to nie, wiadomo, że jest nim jednak Durant).

Ty Lawson, podobnie jak np. Millsap, to przykład zawodnika, który na Mecz Gwiazd załapie się głownie dzięki świetnej postawie swojej drużyny. Ktoś z Denver zagrać musi, a skoro Gallinari sam się wyeliminował z tych rozważań ze względu na kontuzję, miejsce dla Nuggets powinien zając Lawson, który ma ten dodatkowy atut, że daje nadzieję wszystkim karłom, iż nikczemny wzrost to jeszcze nie koniec świata i można sobie poradzić nawet w tak zaludnionej przez Guliwerów lidze, jak NBA.

Tak to naszym zdaniem powinno wyglądać, choć przyznać należy, że kilku naprawdę ciekawych zawodników w Orlando nie zagra, chociaż z pewnością zrobiliby tam więcej zamieszania niż np. Paul Millsap, czy Roy Hibbert. Jednak wyniki drużyn, w których grają chociażby Monta Ellis, Kyrie Irving, czy Deron Williams, nie pozwalają na branie ich pod uwagę. Jeden Nash wystarczy. Oby za rok wszystko wyglądało inaczej, bo w Orlando druga kwarta, podczas której zameldują się na boisku zmiennicy, nie będzie czymś, co tygrysy lubią najbardziej.

TPB.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: