Co to będzie, co to będzie

No właśnie – co to będzie. Od ostatniego prawdziwego meczu NBA minęło już niemal tyle czasu, co od ostatnich wolnych wyborów w Polsce, tzn. takich w których wygrali prawdziwi Polacy. Dlatego, aby przybliżyć wszystkim zainteresowanym co będzie się działo przez najbliższych sześc miesięcy, prezentujemy JEDYNIE SŁUSZNĄ (z którą tylko połowa z nas się zgadza (bo ta druga, prawda, potrafi tylko krytykować)), NIEPOWTARZALNĄ,  FACHOWĄ I PEWNĄ zapowiedź nowego sezonu.

Wschód:

1. Chicago Bulls

2. Miami Heat

3. New York Knicks

4. Boston Celtics

5. Atlanta Hawks

6. Orlando Magic

7. Indiana Pacers

8. Milwaukee Bucks

9. Phildelphia 76ers

10. New Jersey Nets

11. Washington Wizards

12. Cleveland Cavaliers

13. Detroit Pistons

14. Charlotte Bobcats

37. Toronto Raptors (bo 15 to i tak za wysoko dla tego ścierwa)

ATLANTIC DIVISION

Knicks

Gdyby drużyny NBA brały udział w programie Extreme makover, Knicks wygraliby go o włos przed Clippers. Jeszcze dwa sezony temu byli żałosną namiastką zawodowej ekipy, ich największą (i jedyną) ich gwiazdą był David Lee, którego wybrali w drafcie, bo dobrego transferu nie zrobili od 3562 lat, w Play-offach grali poprzednio w 2004 roku, a ich – jedni z najlepszych w lidze – kibice patrzyli na to wszystko z mieszanką niedowierzania i wściekłości, wspominając czasy jak jeszcze grał Ewing. I nagle, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Donniego Walsha (który w nagrodę został zwolniony), drużyna z Nowego Jorku pozyskała Amar’e Stoudamire’a, potem jeszcze Carmelo Anthonego, a w te wakacje Tysona Chandlera i Barona Davisa. Z wiecznego pośmiewiska (przynajmniej w XXI w.) stała się jednym z faworytów na Wschodzie. Nawet wyśmiewany Mike D’Antoni nie musi stanowić problemu, potrafił przecież doprowadzić Suns do dwóch finałów konferencji. W tym roku Knicks też mają szanse na 3. rundę Play-offów, muszą jednak mieć trochę szczęścia i zdrowia i liczyć na to że Baron Davis będzie radził sobie z nadwagą jak jego immienik z Orlando. It’s funny, cuz he’s fat.

Celtics

Boston w tym sezonie śmiało można nazwać Drużyną Wertera. Złamane serce Jeffa Greena, złamana obietnica Davida Westa i złamane (zapewne już niedługo) nogi Jermaina O’Neala sprawiają, że niedawny mistrz i wicemistrz będzie miał szczęście, jeśli przejdzie pierwszą rundę. Celtics wydają sie walczyć o wygranie z Lakers zakładu o to, kto szybciej i bardziej popsuje świetnie działającą maszynę do wygrywania. Lista zmian, których dokonał w ostatnim roku Danny Ainge, brzmi jak słaby żart fana Miami. Celtics oddali między innymi: Kendricka Perkinsa, Nate’a Robinsona, Semiha Erdena, Marquisa Danielsa, Glena Davisa i – co najgorsze – Luke’a Harangody’ego. Zamiast nich w tym sezonie w koszulkach Celtics zobaczymy: Chrisa Wilcoxa, Keyona Doolinga i Brandona Bassa (i z powrotem Marquisa Danielsa, very classy ze strony Ainge’a – pozbądźmy się zawodnika, który złamał kark, ale jak się okaże, że jednak będzie mógł jeszcze grać, weźmy go znowu). Jak mawiał klasyk Karma is a bitch i Celtics przekonają się o tym już w tym sezonie.

76ers

Sixers to takie Denver dla ubogich – też żadnej gwiazdy, też doświadczony i całkiem niezły trener i też totalne limbo, bo ani o mistrzostwo w tym składzie nie powalczą, ani loterii draftowej nie wygrają. Na Play-offy szanse mają jednak paradoksalnie większe niż Denver, bo o ile czołówka konfernecji wschodniej jest moze nawet mocniejsza niż zachodniej, o tyle poniżej 5-6 miejsca to zachód ma mocniejsze drużyny, więc i silniejszą konkurencję. Tak czy ianczej, Sixers to drużyna, która niczym specjalnym się nie wyróżnia, wiec i rozpisywać się o niej nie ma co.

Nets

Czasu w New Jersey (a w przyszłym sezonie w Brooklynie) może być mniej niż się wszystkim wydaje. Michaił Prochorov rzucił wyzwanie Władimirowi Władimirowiczowi i szybko zamiast w przytulnym gabinecie na Placu Czerwonym może skończyć w mniej przytulnym miejscu obok Michaiła Chodorkowskiego. To oczywiście żart – w Rosji jest demokracja i jesli ktoś chce startować w wyborach to nic mu się nie może stać! Dlatego, o ile przyszłość Nets rysuje się bardzo ciekawie, o tyle obecny sezon w ich wykonaniu raczej taki nie będzie. Poza Deronem Williamsem i Brookiem Lopezem (który obiecał,że w końcu zacznie zbierać) w New Jersey nie ma nikogo (ok, jest Kris Humphries, ale to wciąż niewiele). Dlatego powodzenie sezonu Nets zależy od tego czy uda im się pozyskać Dwighta Howarda czy nie. Jeśli tak, to New Jersey zagrają w Play-offach a w przyszłym roku (przy odpowiednich wzmocnieniach) może nawet w finale konfernecji. Jeśli nie, Deron Williams zaliczy sezon w granicach 22-11-5, Lopez 21-8 (chyba, że oszukał z tym zbieraniem) a cała drużyna w granicach 23-30 zwycięstw. Nie da to Play-offów, ale może dać nadzieję na przyszłość.

Raptors

W przypadku drużyny z Kanady zasadne wydaje się pytanie – czy Raptors byliby w stanie wygrać Euroligę? Pytanie zasadne o tyle, że Toronto to ekipa złożona głównie z europejczyków, ale nie są to europejczycy prima sort. Raptors są tak słabi, że gdyby sezon miał jak zwykle 82 mecze, możnaby się zastanawiać, czy pobity zosatnie negatywny rekord Sixers z sezonu 1972-73, kiedy to ekipa z miasta braterskiej miłości wygrała zaledwie 9 spotkań. W tym momencie bowiem trudno wyobrazić sobie, by “kanadyjczycy” byli w stanie wygrać z kimkolwiek i kiedykolwiek. Na ich szczęście w NBA są jednak jeszcze takie drużyny, jak Charlotte czy Detroit, z którymi – przy dużej dozie szczęścia – nawet takie ścierwo jak Raptors mogą sobie poradzić. Marne to jednak pocieszenie, a przykład Toronto pokazuje, że – po pierwsze -Kanada to nie jest kraj dla koszykarzy, a po drugie 30 drużyn w lidze to chyba jednak ciut za dużo.

SOUTHEAST DIVISION

Heat

Finaliści z ubegłego seoznu są w dośc zgodnej opinii fanów NBA, bukmacherów, oraz Jeffa van Gundy’ego zdecydowanym faworytem do mistrzostwa. Trudno jednak uznać ich za faworyta stuprocentowego, bowiem Miami (które, jakby nie było, tytułu w ubiegłym roku nie zdobyło) wzmocnili się tylko Shanem Battier i, podobno chudym, Eddym Currym. Nic nie wyszło z pozyskania Samuela Dalemberta, który podobnie jak David West przyjął zasadę hajs na górze, morale na dnie, oraz Chauncey’go Billupsa, którego pierwsi złowili Clippers. A jednak mimo niezbyt imponujących transferów Heat wydają się być najmocniejszą drużyną świata. Wielka trójka (bo Bosh grozi, że będzie wreszcie katował) ma już za sobą okres poznawania się i zgrywania; także zawodnicy zadaniowi wiedzą lepiej jak pomagać trzem tenorom, a Udonis Haslem jest wreszcie zdrowy, zwarty i gotowy (chociaż Mike Miller, oczywiście, znowu nie). Dodając do tego doświadczenie, które trener Spoelstra zebrał w Finałach, które powinno zaprocentować w tym roku, drużyna z miasta Dextera ma sporą szansę na pierwszy z – nie dwóch, nie z trzech, nie czterech, nie pięciu, nie sześciu, nie siedmiu tytułów… Chyba, że LeBron znowu umrze w finałach (tym razem już konferencji).

Magic

Losy Magic i Nets związane są ze sobą niczym losy Farminy Dazy i Florentino Arizy. Jedna zdecydowana decyzja Dwighta (albo podjęta w jego sprawie za niego) spowoduje zmianę sił w całej konferencji wschodniej. Póki co jednak Howard wciąż gra w Orlando, dlatego (oraz z powodu dość marnej konkurencji) to ta drużyna pozostaje faworytem do drugiego miejsca w dywizji i szybkiej śmierci w Play-offach. Tyle, że może to być ich marsz ostatni, bo jeśli Howard odejdzie po sezonie za darmo, Magic będą w nawet gorszej sytuacji niż Cleveland po Decyzji LeBrona. Ilość fatalnych kontraktów dla fatalnych graczy z którą mamy do czynienia w Orlando przeraziłaby nawet Isiah Thomasa. Przepłaceni starcy (Turkoglu, Richardson), przepłaceni przeciętniacy (Nelson, Redick) i przereklamowany trener dają marne widoki na przyszłość. No, chyba że Lakersi po tym jak nie kupili Chrisa Paula i “udało im” się pozyskać Troya Murphy’ego i Josha McRobertsa, teraz zamiast Dwighta wezmą Hedo i Nelsona. Ale na to chyba nawet Mitch Kupchak jest za mądry. Or is he?

Hawks

Gdyby ktoś prowadził listę najbardziej przeciętnych drużyn NBA, Hawks zajmowaliby na niej pierwsze miejsce już od kilku lat. Niby są całkiem dobrzy, wygrywają po ok. 50 meczów w sezonie, przechodzą (choć w bólach) pierwszą rundę Play-offów, ale co roku odpadają w drugiej raz w lepszym (2-4 z Chicago), raz w gorszym (0-4 z Orlando, 0-4 z Cleveland) stylu. Podobnie będzie w tym sezonie, choć z awansem do drugiej rundy może być różnie. Hawks powalczą pewnie o 4. miejsce i przewagę własnego parkietu z Bostonem i choć nie stoją na straconej pozycji (a Celtics zaliczają upadek na miarę Lakers) to zamiana Jamala Crawforda na Tracy’ego Mcgrady’ego raczej nie wyjdzie im na zdrowie. Jeśli jednak przepłacony Joe Johnson, grający na nie swojej pozycji Al Horford i wiecznie zgłaszający wielkie ambicje (w stylu Shawna Mariona z czasów Suns), które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością Josh Smith zaliczą sezony życia, Hawks mogą awansować do drugiej rundy. I oczywiscie w niej przegrać – bo do tego są stworzeni. Happy times!

Wizards

Drużyna ze stolicy USandA jest Minnesotą Wschodu. Podobnie jak Timberwolves ma niezłego trenera, kilku fajnych młodych graczy, nadzieję, że ten sezon będzie wreszcie przełomowy i niewielkie szanse na sukces. Dlaczego? Bo poza Johnem Wallem, każdy z tych fajnych młodych zawodników ma sporo wad. Andray Blatche jest tak gruby, że Glen Davis to przy nim Ben Wallace, Nick Young potrafi trochę zdobywac punkty i nic poza tym, JaVale McGee daje ładne wsady, ale ma mniej manewrów pod koszem niż Dwight w 2005 roku, a Jan Vesely to wielka zagadka i równie dobrze moze walczyć o tytuł debiutanta roku, jak i skończyć jako 11-12 gracz w rotacji. Poza tym Flip Saunders treneram jest niezłym, ale daleko mu do Ricka Adelmana, a tak młodym drużynom jak Wizards potrzebny jest ktoś z nieco większym autorytetem i posłuchem niż poczciwy potomek emigrantów z Ukrainy. Jakby tego było mało, Wizards nie skorzystali z prawa do amnestii, zwanego “zasadą Rasharda Lewisa” i nie wykupili kontraktu… Rasharda Lewisa. W ten sposób pozbawili się szansy na jakiekolwiek większe manewry transferowo-wolnoagentowe, w efekcie czego zostaną z tym składem pewnie do końca życia, a przynajmniej sezonu. Sezonu, który znów skończą walcząc o 4. lub 5. miejsce od końca tabeli. I nawet John Wall tu nie pomoże.

Bobcats

Co dobrego można powiedzieć o drużynie, w której główną opcją w ataku ma być Corey Maggette, największą gwiazdą debiutant Kemba Walker, a dla Borisa Diawa trener Silas zaplanował pierwszą w historii świata rolę centro-rozgrywającego? Michael Jordan jako właściciel klubu z Charlotte podjął już kilka genialnych decyzji: zwolnił trenera Larry’ego Browna kilka miesięcy po tym jak ten zapewnił drużynie pierwszy w historii awans do play-offów, wymienił najlepszego zawodnika w historii klubu, Geralda Wallace’a na nic, pozwolił odejść Raymondowi Feltonowi za darmo, a na koniec zamienił mentalnego lidera drużyny, Stephena Jacksona, na wspomnainego Maggette’go. A na deser, w czasie lokautu zraził do siebie prawie wszystkich zawodników w lidze, mówiąc, że jeśli nie podoba im się propozycja właścicieli (dająca koszykarzom 47 proc. z zysków NBA), to następna będzie już gorsza, a w ogóle to niech nie marudzą, tylko biorą co im się daje. Z pewnością każdy wolny agent z przyjemnością podpiszę kontrakt w klubie zarządzanym przez tak uroczego gentlemana.

CENTRAL DIVISION

Bulls

O ile Heat są faworytem fanów, którzy uwielbiają wielkie trójki, wielkie gwiazdy i wielkie obietnice, o tyle Bulls mogą uchodzić za faworytów ludzi myślących. Mają zdecydowanie najmocniejszą i najbardziej zbilansowaną pierwszą piątkę w lidze, MVP poprzedniego sezonu, jednego z najlepszych trenerów, a także świetną ławkę rezerwowych. Już w poprzednim sezonie byli w finale konferencji, chociaż był to zaledwie pierwszy rok pracy Toma Thibodeau, a Carlos Boozer zaliczył chyba najsłabsze Play-offy w swojej karierze. Teraz trener jest bardziej otrzaskany z praca pierwszego szkoleniowca, Boozer straszy, że wreszcie pokaże, ile jest wart, a na dokładkę Bulls wymienili w pierwszej piątce przecenianego jako obrońcę i bezużytecznego w ataku Keitha Bogansa na Richarda Hamiltona. Bulls mają i młodość (Rose, Noah) i doświadczenie (Boozer, Deng, Hamilton) i centymetry (Noah, Asik, Gibson) i szybkość (Rose) i obronę (Noah, Deng, Hamilton) i atak (Rose, Korver, Boozer). Mają więc wszystko, co mistrz mieć musi. Biorąc pod uwagę ogólną śmierć czołówki zachodu (poza Dallas i Oklahomą) i wciąż niepewnych Heat, Bulls powinni w tym roku rozpocząć budowę nowej dynastii.

Pacers

Odkąd Wielki Ptak z Ulicy Sezamkowej Larry Bird został GM Indiany, klub najpierw znalazł się niemal na szczycie NBA, potem zaś zaliczył jeden z najgorszych upadków w ostatnich latach. Kalectwo Jermaina O’Neala, śmierć Jamaala Tinsley’a, zakończenie kariery przez Reggiego Millera, a w międzyczasie kolejne szaleństwa artysty kiedyś znanego jako Ron Artest, doprowadziły Pacers z nieba do piekła w zaledwie dwa sezony. Teraz jednak klub ze stanu, w którym koszykówka jest niemal oficjalną religią, znów stanął na nogi. Dobre wybory w drafcie i kilka niezłych transferów sprawiło, że kibice Pacers mogą z optymizmem (choć póki co umiarkowanym) patrzeć w przyszłość. Indiana mistrzostwa nie zdobędzie, ale w Play-offach powinna grać regularnie.

Bucks

A miało być tak pięknie…Póltora roku temu Milwaukee było największą niespodzianką sezonu. Napędzający ataki rewelacyjny debiutant Brandon Jennings, odrodzony John Salmons, katujący pod koszem Andrew Bogut i doświadczony Scott Skiles na ławce sprawili, że Bucks awansowali do Play-offów z rewelacyjnego jak na nich 6. miejsca. Co prawda tydzień przed zakończeniem sezonu Bogut doznał koszmarnej kontuzji, ale jego koledzy stoczyli wspaniały bój z Hawks, odpadając dopiero po 7. meczu. Wydawało się więc, że kiedy tylko Australijczyk się wyleczy, Milwaukee zaczną wędrówkę w górę tabeli. W wakacje dokonali jednak kilku zmian, które nie wyszły im na dobre (zwłaszcza zatrudnienie wiecznie kontuzjowanego obieżyświata, Drew Goodena), Bogut nie grał tak dobrze jak rok wcześniej, a Jennings zamiast zrobić postęp, zanotował statystycznie  niemal identyczny sezon, jak ten debiutancki. W efekcie Bucks nie weszli do Play-ofów a cała układanka zaczełą się rozsypywać. Teraz jednak, po pozyskaniu Stephena Jacksona, który walczy o nowy kontrakt, z całkiem już (podobno) wyleczonym Bogutem i bardzo pewnym siebie Jenningsem, Bucks powinni powalczyć o Play-offy grając zarówno efektownie jak i efektywnie.

Cavaliers

O tym jak mieć nieszczęście w szczęściu, Dan Gilbert mógłby napisać jeśli przynajmniej esej (jeśli nie książkę). W normalnych okolicznościach, kiedy klub (nawet dzięki pomocy chorego dziecka) wygrywa loterię draftową a do tego wybiera także z numerem 4., należy oczekiwać, że pozyska katowników, którzy we dwójkę doprowadzą ją przynajmniej do połowy drogi prowadzącej do ziemi obiecanej. Niestety, dla właściciela i kibiców klubu ze stolicy depresji, tegoroczny draft nie był zwyczajny. Ze względu na widmo lokoutu, większość najlepszych zawodników z NCAA wolało poczekać rok z przystąpieniem do naboru, żeby  nie stracić ani jednego czeku z przyszłych wypłat żeby pomóc swoim uniwersyteckim drużynom przez kolejny sezon. Dlatego zamiast kogoś na miarę LeBrona, Cavs pozyskali Kyrie Irvinga. Niby dobry rozgrywajacy, niby wielka gwiazda szkół wyższych, niby po wyleczeniu kontuzji, przez którą stracił prawie cały sezon w NCAA, grał całkiem dobrze, ale mesjaszem z pewnością nie był i nie będzie. Także Tristan Thompson prochu nie wymyśli. Dlatego choć Cavaliers nie będą najgorszą drużyną na wschodzie, to zawdzięczają to raczej obecności w tej konfernecji najgorszej drużyny XXI w., Toronto Raptors. Na więcej poczekać będą musieli tyle, co poprzednio, czyli około 63903 lata.

Pistons

Jeśli Pacers i Pistons prowadzili korespondencyjny pojedynek na to, która z tych niedawno (circa 2002-2006) wielkich drużyn szybciej wygrzebie się z bagna, w które wpadła, to Pistons przegrali go przez nokaut. Joe Dumars kiedyś potrafił wyłowić zawodników, którzy w poprzednich klubach nie dostawali szansy (Ben Wallace, Richard Hamilton, Chauncey Billups), wybrać fajnie w drafcie (Tayshaun Prince, Mehmet Okur), pozyskać za darmo prawdziwą gwiazdę (Rasheed Wallace), dodać do tego świetnego trenera (Rick Carlise, Larry Brown) i stworzyć drużynę, która przez pięć lat z rzędu grała w finale konferencji, raz była mistrzem i raz wicemistrzem. Potem Dumars się pogubił, pozwolił odejśc (fakt, że chcącemu zarabiać za dużo) Benowi Wallace’owi, wymienił lidera Billupsa na umierającego i nie umiejącego wpasować sie w drużynę Iversona, a potem dał Charliemu Villanuevie i Benowi Gordonowi kontrakty ich życia, na które ci ani wtedy, ani tym bardziej teraz nie zasługiwali. W efekcie Pistons nie grają w Play-offach już od dwóch lat i raczej nie uda im się tego zmienić w najbliższej przyszłości.

Zachód:

1. Dallas Mavericks

2. Oklahoma City Thunder

3. Memphis Grizzlies

4. Los Angeles Lakers

5. Los Angeles Clippers

6. San Antonio Spurs

7. Portland Trail Blazers

8. Minnesota Timberwolves

9. Denver Nuggets

10. Sacramento Kings

11. Houston Rockets

12. Golden State Nuggets

13. Phenix Suns

14. New Orleans Hornets

15. Utah Jazz

PACIFIC DIVISION

Lakers

“Przegraliśmy do zera z Dallas, jesteśmy coraz starsi, odszedł od nas trener wszechczasów, a Kobe non stop ma kontuzje. Co robimy?” – takie myśli przebiegały zapewnie po głowie ludzi zarządzającymi tą – dotychczas lepszą – drużyną z Los Angeles. Niestety, wnioski, które zostały wyciągniętę, były cholernie dalekie od ok: “do drużyny, która nas zniszczyła oddajmy za darmo naszego najbardziej wszechstronnego zawodnika , pozwólmy odejść (też za darmo) naszemu drugiemu najlepszemu rezerwowemu, a na jego miejsce sprowadźmy trzech białasów, z których jeden umarł rok temu, drugi jest być może najbardziej przeciętnym zawodnikiem w obecnej NBA , a trzeci wygrał kiedyś konkurs rzutów za trzy punkty i było to absolutny highlight jego kariery. Do tego zatrudnijmy trenera, który już raz pokazał, że średnio wychodzi mu prowadznie drużyny, w której jest zdecydowany lider. Co z tych decyzji wyniknie? Pewnie i tak pierwsze miejsce w dywizji, (bo Clippers potrzebują czasu i pewnych zmian, o czym za chwilę), może druga runda Play-offów i porażka z Oklahomą bądź Dallas. A jeszcze rok temu Lakers wydawali się być najbardziej kompletną drużyną od czasów Chicago Bulls Michaela Jordana…

Clippers

Wiecznie druga drużyna z Miasta Aniołów przeżywa swoje pierwsze pięć minut w historii. Sprowadzenie Chrisa Paula, Chauncey’go Billupsa i Carona Butlera, oraz zatrzymanie DeAndre Jordana sprawiło, że Clippers z drużyny wiecznego gówna stali się ekipą wiecznego słońca. Poza Billupsem i Caronem są tak młodzi, że mogą katować przez najbliższe 6-7 lat. Nie zaczną jednak tej katorgi już w tym roku, bo zapomneili o jednym – aby odnosić jakiekolwiek sukcesy w NBA, warto mieć w miarę ogarniętego trenera. Vinny del Negro udowodnił już w Chicago, że ogarnięty nie jest, a biorąc pod uwagę jaka presja bedzie na nim ciążyła w tym roku, ciężko sobie wyobrazić, by wytrwał na stołku do pierwszego dnia wiosny. Kiedy już zostanie zwolniony, Clippers będą mogli zatrudnić Larry’ego Browna (o ile wcześniej nie zrobią tego Lakers) i zacząć mysleć o następnym sezonie, w którym będą jednym z głownych faworytów do mistrzostwa. Co oczywiście musi być jednym ze znaków nadchodzącej apokalipsy.

Kings

Phoenix to Sacramento sprzed 5 lat: kiedyś świetna drużyna, która miała swoje szanse na tytuł ale je zmarnowała i teraz powoli umiera szykując się do całkowitej przebudowy. Kings z kolei są już na ostatnim etapietego procesu: pozbyli się wszystkich zasłużonych starców, wybrali kilku fajnych graczy w drafcie i powoli zaczynają się liczyć. Trio Jimmer-Tyreke-DeMarcus to chyba najciekawiej zapowiadająca się młoda trójka w całej lidze. Do tego W Anaheim Sacramento jest jeszcze Marcus Thornton, JJ Hickson, John Salmons i Travis Outlaw. Warto ich wszystkich wymienić, bo skład Kings, kiedy bliżej mu się przyjrzeć, jest nie tylko młody i obiecujący, ale też niemal kompletny: są tu i rzucający i podkoszowi i ciekawi rezerwowi. Na czołową ósemkę może to być jeszcze w tym roku za mało, ale w przyszłym to Kings będą głównym rywalem Clippers w wyścigu o koronę dywizji Pacyfiku.

Warriors

Płacenie 7 milionów dolarów za jeden sezon usług Kwame Browna jest mało rozsądne. Niewykorzystanie prawa do amnestii na jeden z najgorszych kontraktów na świecie, czyli 5674589908 mln dla Andrisa Biedrinsa to już czysty idiotyzm. A mimo to Warriors wydają się być mocniejsi niż Phoenix, choć to akurat zasługa włodarzy Suns, którzy zostawili skład sprzed roku (który zapewnił im świetne 10. miejsce na zachodzie) bez zmian. Na Play-offy to jednak za mało, a biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, może się okazać, że ich najlepszy zawodnik będzie miał głowę zaprzątniętą innymi sprawami niż koszykówka. Kobemu w sezonie 2003-04 podobne kłopoty nie przeszkodziły w rewelacyjnej grze, ale czy Monta to Kobe?

Suns

Jaką logiką kierowano się w Phoenix pozostawiając ubiegłoroczny skład bez zmian i dodając tylko Chrisa Shannona Browna? Zapewne równie pokrętną i niezrozumiała dla zwykłych śmiertelników, co Lakers. Suns mają zawodników dobrych ale starych (Nash, Hill), słabych, za to młodych (Childress, Dudley, Lopez,Telfair(!)), oraz średnich i średnio-młodych (Gortat, Pietrus, Shannon Brown). Jedyna zmiana dokonana przez nich przed sezonem, to zamienienie umierającego stojąc Vince’a Cartera na byłego chłopaka Rihanny, który był niezłym rezerwowym w Lakers, ale bycie rezerwowym dla Kobego i granie po 15 minut, a bycie rezerowowym dla nikogo i granie poważnych minut to nie to samo. Dlatego Phoenix będą naprawdę słabi. No, ale przynajmniej Marcin sobie pogra, poładuje, a Wojciech Michałowicz przy tych okazjach nieraz zakrzyknie “uł-ła!”.

SOUTHWEST DIVISION

Mavericks

Mistrzowie z poprzedniego sezonu wydawali się być typowym przykładem one year wonder (poprzedni przykład: Miami Heat 2006). Drużyny, która raz mocno zebrała się w sobie, zagrała na 150 procent swoich możliwości, miała trochę szczęścia (śmierć Lakersów), trochę szczęściu pomogła (totalna anihilacja LeBrona w finałach, odrobienie strat w drugim meczu tychże finałów) i zdobyła wymarzony tytuł, a teraz może już oddać się wspomnieniom. Tyle tylko, że Mark Cuban miał zupełnie inne plany. Pozyskanie Vince’a Cartera, Delonte Westa, a przede wszystkim Lamara Odoma, połączone z powrotem do zdrowia Rodrigue’a Beaubois, sprawia, że utrata Carona Butlera (który i tak nie grał od początku stycznia) i J.J. Barei (którego Beaubois jest lepszą wersją) nie powinna być w ogóle odczuwalna. Gorzej będzie z odejściem Tysona Chandlera, bez którego w zgodnej opinii fachowców i samych zawodników Mavs nie byłoby mistrzostwa. Dallas mogą jednak liczyć na postępu Iana Mahinmiego i powrót do pierwszopiątkowej formy Brendana Haywooda. Jednak nawet jesli ci dwaj zawiodą, Odom sprawi, że Dallas będą mogli wygrywać nawet nie mając takiej przewagi pod koszem jak w poprzednim sezonie. A biorąc pod uwagę, że dostali go w prezencie do swoich głównych rywali, Lakers – droga do finału wydaje nawet się nieco łatwiejsza niż rok temu.

Grizzlies

Rewelacja poprzedniego sezonu, drużyna, która jako zaledwie czwarta w historii pokonała w pierwszej rundzie ekipę rozstawioną z numerem jeden, w tym roku wróci jeszcze mocniejsza. Zdrowy Rudy Gay daje im 20 punktów w każdym meczu, dobrą obronę i kilkanaście nowych rozwiązań w ataku. Memphis udało się też zatrzymać obydwu podkoszowych taranów: Zacha Randolpha i młodego Gasola. Dlatego (a także z powodu śmierci San Antonio i Lakers) Memphis będą obok Thunder głównym kandydatem do walki w finale konferencji z Dallas. I nie stoją na straconej pozycji w żadnym z tych pojedynków.

Spurs

Po czym poznać, że dotychczasowy lider dywizji się skończył? Chociażby po tym, że rewelacyjny sezon zasadniczy sprawił, że drużyna jest tak zmęczona, iż nie jest w stanie biegać za szalejącymi w ataku rywalami, którzy zajęli zaledwie 8. miejsce w konferencji. Spurs starzy byli od dawna, ale dotychczas jakoś udawało im się to ukryć. Jednak pierwsza runda Play-offów w poprzednim sezonie bezlitośnie obnażyła ich braki. I choć dzięki lokautowi starcy z San Antonio mieli nieco dłuższy niż zazwyczaj odpoczynek, to morderczy sezon, w którym będzie trzeba czasem zagrać trzy mecze w trzy dni, wykończy ich jeszcze bardziej niż tradycyjne 82 mecze. I nie pomoże tu ani niezaprzeczalny geniusz Grega Poppovicha, ani pewna dawka młodości w postaci DeJuana Blaira i Thiago Splittera, ani kolejny świetny sezon Tony’ego Parkera. Spurs skończyli się na Kill’em All.

Rockets

Jak długo można oszukiwać, że ma się drużynę na Play-offy, kiedy tak naprawdę się jej nie ma? Rockets udało się to przez dwa lata (a i to bez ostatecznego sukcesu) i starczy. Kevin McHale to nie Rick Adelman i nie da rady wycisnąć z wyrównanego, ale nieporywającego składu Houston tak wiele jak jego poprzednik. A jeśli wziąć pod uwagę, że po nieudanym transferze Chrisa Paula obydwaj liderzy Rockets, czyli Luis Scola i Kevin Martin nie będą raczej chcieli umierać za Houston, to szanse na Play-offy w stolicy amerykańskiej astronautyki maleją do zera i nic nie zmienia tu pozyskanie najbogatszego zapewne Haitańczyka wszech czasów . Co nie oznacza, że oglądanie gry Rockets nie dostarczy dużej przyjemności. Jeśli McHale za dużo nie zepsuje, to Houston wciąż będą robić wrażenie swoją drużynową, poukładaną koszykówką, z której można uczyć się taktyki i współpracy.

Hornets

Bohaterowie największego tegorocznego skandalu transferowego są zmęczeni. Hornets nie tylko stracili swojego lidera, ale stało się to w najgorszy z możliwych sposobów. Dlatego przed obiecującym trenerem Monthy Williamsem nie lada zadanie: motywowanie swoich – wcale nie takich słabych – podopiecznych do walki i danie im wiary, że istnieje życie bez Chrisa Paula. Pytanie jednak, czy nie jest to zadanie przekraczające możliwości tak młodego szkoleniowca? A nawet jeśli się uda, to Hornets na Zachodzie szans na Play-offy nie mają. No, ale skoro David Stern pokazał już raz, że potrafi być Panem Życia i Śmierci poszczególnych drużyn, to co mu szkodzi przenieść w trakcie sezonu Hornets do konferencji wschodniej, w której spokojnie powinni oni zająć 7. – 8. miejsce?

NORTHWEST DIVISON

Thunder

Kevin Durant jest jednym z pięciu, a Russell Westbrook z piętnastu najlepszych graczy w NBA. James Harden może być najlepszym rezerwowym ligi, a Scott Brooks najlepszym z młodych trenerów. A jednak w Thunder trudno upatrywać faworyta do mistrzostwa, a nawet udziału w finale. Poprzednie Play-offy pokazały, że w kluczowych momentach Westbrook i Durant nie do końca potrafią się dogadać, a Brooks nad nimi zapanować. Poza tym Kendrick Perkins, który miał być odpowiedzią na Tysona Chandlera grał w Oklahomie na poziomie Emeki Okafora. A to za mało, by rywalizować chociażby z podkoszowymi duetami Lakers czy Bulls. Oczywiście Thunder mają o wiele więcej atutów i nawet bez dominacji pod koszem powinni walczyć o finał konferencji, ale podobnie jak Heat ciężko im będzie wygrać tytuł, jeśli Perkins się nie ogarnie. Jednak tak czy inaczej poza Clippers, Knicks i Heat, to na grę Thunder będzie się patrzyć z największa przyjemnością.

Blazers

Jedno wydaje się pewne – w sztabie medycznym Blazers nie pracuje Gregory House. Ilość kontuzji (prawie zawsze kolan i prawie zawsze morderczych), które nawiedziły drużynę z malowniczego Portland w ostatnich latach ciężko racjonalnie wytłumaczyć. Brandon Roy już się poddał, podobnie nie tak dawno Darius Miles, Greg Oden jeszcze oszukuje, że żyje, ale pewnie po tym sezonie wreszcie przyzna, że jest inwalidą i skoncentruje się na gorzej płatnej, ale bardziej mu pasującej koszykówce na wózkach. Także Marcus Camby narzeka, że go boli, a przecież raptem półtora roku temu Joel Przybilla, który wtedy grał, a jakże, w Potland DWA RAZY w ciągu kilku miesięcy zerwał sobie więzadła w tym samym kolanie (ten drugi raz wychodząc spod prysznica). Mimo tych tarapatów zdrowotnych, Blazers mają całkiem niezłą ekipę, dobrego trenera, a zamiana nielubianego w drużynie Andre Millera na sympatycznego Raymonda Feltona powinna im wyjść na dobre. Nie tak dobre, żeby zaraz grać o finał, ale spokojny awans do Plasy-offów powinien być dla Blazers formalnością.

Timberwolves

Kevin Garnett odszedł ponad cztery lata temu, ale fani Minnesoty wciąż odczuwali skutki tego zerwania. Ich rebound guy (pun intented), Al Jefferson, najpierw obiecująco zaczął, potem rozwalił sobie kolano, a na koniec zostawił ich dla innej. Na szczęście ich były menedżer, Kevin McHale w przypływie rzadko u niego widzianego geniuszu, dokonał najlepszej zamiany draftowej od czasu transferu Dirka Nowitzkiego za Roberta Traylora: wymienił Wade’a dla ubogich, OJ’a Mayo na Zacha Randolpha dla bogatych, Kevina Love. Dzięki temu, a także korzystając z wyprzedaży w Heat, na której nowy GM, David Khan, który geniuszem nie błysnął nigdy, bo geniuszem nie jest i nie będzie, kupił za bezcen Michaela Beasley’a, Timberwolves mogą teraz straszyć rywali jednym z najlepszych duetów skrzydłowych w lidze. Ale że Khan nie byłby Khanem, gdyby czegoś nie spieprzył, dał też Darko Miliciciowi kontrakt na jaki ten nigdy nie zasługiwał. Tyle dobrego dla fanów Minnesoty, że głupi zawsze ma szczęście, więc Khanowi udało się wygrać drugi numer w drafcie, który zamienił na obiecującego silnego skrzydłowego, Derricka Williamsa. Także Ricky Rubio, który zachowywał się jak piękna panna na wydaniu (chociaż w Barcelonie i reprezentacji Hiszpanii grał jak gówno) i nie chciał przyjeżdżać do zimnego Minneapolis, zrozumiał ,że to ostatnia szansa na konkretny zarobek przed lokautem że prawdziwa koszykówka jest w NBA, a on kocha przecież koszykówkę. Nowy trener Rick Adelman jest najlepszym fachowcem na tym stołku w całej historii klubu z Minnesoty, więc powinien poradzić sobie z ułożeniem tych wszystkich puzzli. Trudno jednak powiedzieć jaki będzie efekt tej układanki. Jednak niezależnie od tego, Timberwolves nie będą już najgorszą drużyną w lidze.

Nuggets

George Karl może zaklinać rzeczywistość i porównywać swoją drużynę do Pistons z 2004 roku, ale fakty są, jakie są. Andre Miller to nie Chauncey Billups, Nene to nie Ben Wallace a Aaron Afflalo to nie Richard Hamilton (tak naprawdę Afflalo to nawet nie zawodnik, ale niech mu będzie). Także George Karl, mimo całej sympatii do niego, nie jest i nigdy nie będzie Larrym Brownem. Dlatego, choć Denver mają dobry i bardzo bardzo wyrównany skład, to nie tylko nie zdobędą mistrzostwa, ale nawet nie zagrają w pierwszej rundzie Play-offów. I nie robi tu wielkiej różnicy to, czy JR Smith, Kenyon Martin i Wilson Chandler wrócą z Chin i podpiszą z Denver. Them Nuggets just not good enough.

Jazz

Fani Utah, gdyby nie byli Mormonami, mogliby sie poczuć jak biblijny Hiob. W ciągu niecałego roku stracili obydwu swoich liderów (Boozera i Derona Williamsa), trenera legendę, który jako jeden z niewielu pamięta jak jeszcze grał Jordan i jakiekolwiek nadzieje na przyszłość. Teraz ich rozgrywającym jest człowiek-kontuzja, Devin Harris, a podkoszowym dominatorem człowiek-efekt jo-jo, Al Jefferson. Do tego dyryguje tym bałaganem trener-żart, Tyrone Corbin. Efekt tego wszystkiego może być tylko jeden: drużyna-porażka, która nie tak dawno zaliczała kolejne Play-offy jak Hank Moody zalicza kolejne kochanki, a teraz poczeka na jakiekolwiek sukcesy dłużej niż AC Green czekał na swój pierwszy raz. Czyli długo.

TPB.

    • Wilt Julius Allen Chambervingson III
    • December 25th, 2011

    Mniej więcej zgadzam się z przewidywaniami na Wschodzie, ale nie do końca. ATLANTIC DIVISION: KNICKS to jednak troszkę zagadka. Pozyskali Chandlera, ale ta drużyna to nadal 0 w obronie. No może z Chandlerem 0,5. Do tego czaaaarna dziura na jedynce. Billups mimo wszystko czasem potrafił ustabilizować grę w ataku, a teraz? Mogą mieć najgroźniejsze skrzydła w lidze i elektryzującego centra, ale z takim backcourtem dostaną w łeb od każdego poważnego rywala. 76ers niczym się nie wyróżniają?😀 Hej pokaż mi drugą tak młodą ekipę w NBA. W pierwszej piątce tylko Brand zawyża średnią ale on na szczescie ma ostatnie dwa lata kontraktu i musi się ogarniać, żeby ktoś jeszcze w przyszłości chciał mu płacić. A poza tym: Jrue Holiday rocznik 1990, Jodie Meeks rocznik 1987, Andre Iguodala 1984, Spencer Hawes 1988. Ławka? Evan Turner 1988, Thaddeus Young 1988, Lou Williams 1986, Nikola Vucevic 1990, Marreese Speights 1987. IMHO jedna z ciekawszych ławek całej NBA. Drużyna mega młoda, szybka, atletyczna z inteligentnym trenerem, który już pokazał, że umie z tymi chłopakami zrobić progres. I nie chodzi mi o to, że są kontenderami. Ale warto docenić co się tam robi. W mieście gdzie ostatnią prawdziwą gwiazdą był Iverson i jakoś trzeba sobie radzić. Nie ma Królów Jamesów, Howard nie żąda transferu do Philly etc. Warto docenić co się tam robi przy średnich możliwościach. Nets są w dupie bo połamanego Lopeza nie wymienią nawet na buty DH12. Szkoda Derona. Magic jeśli wyjąć Howarda są na oko większym ścierwem niż Raptors i te kontrakty… Oni pobili nawet głupotę Knicksów z ostatnich lat. Czy tacy kretyni wytransferują sensownie Dwighta? I don’t think so. Hehe Wizards Minnesotą Wschodu to dobrze powiedziane. Gdyby ci gracze byli w Philly graliby o top 4 konferencji. A tak pewnie będą się kopać po głowach i playoffs pooglądają w TV. Bobcats to ścierwo, ale chyba w tym roku tarzanie się w gównie wreszcie wyjdzie im na dobre. Kemba Walker + Bismack Biyombo? Mam wrażenie, że nikt w tym drafcie nie dostał lepszego pakietu. Bucks powinni chyba dostać najbardziej po łbie w tym przedsezonowym opisie, bo z takim składem być poza playoffs? Hej doceń 76ers, jak widzisz ile talentu marnują w innych miastach.

    To teraz pare słów o Zachodzie. Utah Jazz, RU4Real? Ja myślę, że będą sporo wyżej. Nie wiem czy playoffs, ale mało kto ma taki potencjał podkoszowy jak oni. Jefferson, Millsap, Favors, Kanter… 15 miejsce? Hej w Philly nie ma ani jedengo podkoszowego, doceń to co robią mimo takich braków. Lakers mają problem, bo z jednej strony nie chcą się staruszki przemęczać w regular season, a z drugiej woleliby uniknąć w playoffs przedwcześnie spotkania z Thunder. Ale tam pewnie jeszcze się troche pozmienia niebawem. Hornets jeśli będą tak nisko jak przewidujesz to tylko by zatankować przed Draftem. “Hornets nie tylko stracili swojego lidera, ale stało się to w najgorszy z możliwych sposobów.” Really??!! Hej czy ktokolwiek dostał ostatnio lepszy pakiet za swoją gwiazdę? Jazz, Nuggets? Cavs, Raptors?😀 A pomyśleć że mogli teraz siedzieć w dupie z grubymi kontraktami starców. Brawo Stern! Uratowałeś tą organizację. Portland Trail Blazers wg mnie bedzie poza playoffs. Mają pecha, bo ekipę budowali w sensowny sposób, ale urazy ich zniszczyły.I tak bym to widział.

    NBA rusza już za 2,5h! Chyba nigdy nie wyczekiwałem tak na mecz!

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: