Najlepsi z najlepszych, czyli nagrody nagrody…

Problem z nagrodami za sezon zasadniczy polega na tym, że w kilku kategoriach (MVP, COY, GMY), można być pewnym swych typów dopiero, gdy rozgrywki się skończą i wiadomo już jakie miejsca zajęły drużyny poszczególnych kandydatów. W tym roku sytuacja jest nieco inna, gdyż najważniejsze rozstrzygnięcia już właściwie zapadły. Wczorajszy mecz Celtics-Bulls przesądził już raczej o pierwszym miejscu na wschodzie dla Chicago, po drugiej stornie USandA San Antonio już kilka dni temu zapewnili sobie przewagę parkietu we wszystkich seriach na zachodzie. Tyle tytułem wstępu, przechodzimy już do nagród!

MVP

Można by w tym miejscu przytoczyć milion statystyk, które dowiodłyby, że nie było zamachu że rozgrywający Chicago Bulls zasłużył na statuetkę Maurice’a Podoloffa. Wiadomo jednak nie od dziś, ze każdy dowód można obśmiać, a statystyka jest największym z kłamstw. Zamiast tego warto przypomnieć sobie co o Derricku i jego drużynie mówiono przed sezonem. A mówiono, że Rose nie ma rzutu, nie gra w obronie, jak na rozgrywającego ma za mało asyst, a Chicago będzie niezłe, ale na bycie prawdziwym contenderem musi poczekać (nie wiadomo w sumie dlaczego, ale musi). Minęło pięć miesięcy i co? Chicago przystąpią do playoffów z pierwszego miejsca na wschodzie po tym, jak w decydującym meczu zniszczyli faworyzowany Boston, Rose poprawił swoją grę w obronie (wciąż nie jest Rajonem Rondo, ale bliżej mu tu do niego niż do Nasha), zwiększył o 25 proc. (ok, trochę statystyk musi być) średnią asyst, udoskonalił swój rzut za trzy i poprawił skuteczność w rzutach wolnych, a przede wszystkim stał się liderem pełną gębą, prawdziwym katem w ostatnich minutach wyrównanych spotkań. Udowodnił też, że w przeciwieństwie do niektórych, nie rzuca słów na wiatr. Przed sezonem zapowiedział, że chce być MVP i nie tylko udźwignął presję, ale zrobił to w stylu, którego nie powstydziłby się pewien posiadający największą na świecie kolekcję dziwnych garniturów dżentelmen.

Runner-up: Dwight Howard

Trener roku

Za postępem Chicago stoi postęp Derricka Rose’a, a za postępem Derricka Rose’a stoi Tom Thibodeau. Ten prostacki i efekciarski wywód wystarcza za całe wytłumaczenie, warto jednak przytoczyć także słowa Jerry’ego Krause’a, które GM Bulls wypowiedział w 1989 przy okazji zatrudnienia Phila Jacksona w miejsce dotychczasowego trenera Chicago, Douga Collinsa. Krause powiedział wtedy, że Collins przeprowadził drużynę od punktu A do punktu B, jednak by doprowadzić ją do punktu C, potrzebny jest ktoś nowy. 22 lata później to Thibodeau jest tym nowym, który z drużyny, która z bilansem 41-41 zajęła ósme miejsce na wschodzie, zrobił zespół, który nie tylko będzie miał najlepszy bilans w konferencji, ale wydaje się być głównym faworytem do występu w finałach. Nie daje mu to jeszcze prawa do bycia nowym Philem Jacksonem, ale do tytułu Trenera roku jak najbardziej.

Runner-up: Lionel Hollins/George Karl

MIP

Kevin Love na tę nagrodę zasłużył już rok temu, kiedy z Reggiego Evansa przeistoczył się w Zacha Randolpha, tym bardziej więc musi dostać ją teraz, kiedy z Randolpha zmienił się w Mosesa Malone’a. Osiągnięcia Love zna raczej każdy z czterech czytelników tego bloga, warto więc uprzedzić ich ruch i odpowiedzieć czemu to nie Marcin Gortat powinien dostać tę nagrodę. Otóż owszem, Polak poprawił swoje statystyki w większym stopniu niż Love (Gortat o 5,2 zbiórki i 9,1 więcej punktu niż w poprzednim sezonie, Love 4,2 zbiórki, 6,2 punktu), ale jego czas gry po przenosinach do Phoenix zwiększył się ponad dwukrotnie w porównaniu z poprzednim sezonem (29,6 w porównaniu do 13,4 rok temu). Love zaś gra tylko o 7,2 minuty dłużej niż w poprzednio. Oznacza to ni mniej ni więcej, że mimo iż poprawa gry Gortata jest oczywista i ogromna, wynika ona w jakiejś części z tego, że Polak ma po prostu więcej okazji by pokazać co potrafi. Tymczasem gracz Minnesoty gra po prostu jeszcze lepiej i skuteczniej niż w poprzednim (i tak bardzo dobrym) sezonie. Nie zmienia to jednak faktu, że na drugie miejsce w  tej kategorii Polak zasłużył jak Kris Humphries jak nikt, dlatego

Runner-up: Marcin Gortat

Najlepszy rezerwowy

Może i ta marynarka jest wieśniacka, ale najwyraźniej taka właśnie miała być. Podobnie z Lamarem-może i narobił sobie megastatystyk grając dużo w pierwszej piątce, ale musiało tak być, skoro Andrew Bynum znów stracił ćwierć sezonu z powodu kontuzji. Trudno za to winić Odoma, który niezależnie od tego czy był starterem, czy rezerwowym, zawsze utrudniał przeciwnikom życie, gdyż jest mutantem jest najbardziej wszechstronnym podkoszowym zawodnikiem w lidze. A wchodząc z ławki jest też jej najlepszym rezerwowym, so there!

Runner-up: Marcin Gortat

Najlepszy obrońca

Zapewne Dwight Howard nie jest na tyle dobrym obrońcą, by zdobyć to trofeum trzeci rok z rzędu, ale po pierwsze primo, nikt tak jak on nie straszy przeciwników w bronionej trumnie, po drugie primo, gdyby nie jego gra w defensywie, Magic ze swoimi obwodowymi, którzy albo nie chcą (jak Arenas i Turkoglu), albo nie umieją (jak Arenas i Jameer Nelson) bronić, byliby nie na czwartym, ale na trzydziestym czwartym miejscu w lidze (i tak, wiem, że nie ma tylu drużyn, ale brzmi złowieszczo), po trzecie primo ultimo, nie ma nikogo lepszego.

Runner-up: Andre Iguodala

Debiutant roku

Runner-up: Landry Fields

TPB.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: