Dlaczego Spurs nie są najnudniejszą drużyną na świecie?

Drużyna z San Antonio jest ostatnio na topie. Z bilansem 46-10 są na szczycie ligowej tabeli. Czy są najlepsi? Raczej nie. Dlaczego zatem tak często wygrywają? Cóż, z pewnością mają świetnego trenera,  z którym rdzeń składu zdobył już trzy mistrzostwa w ubiegłej dekadzie. Są doświadczeni (żeby nie powiedzieć starzy), znają się na wylot. Poza tym szczęśliwe w tym sezonie omijają ich kontuzje.

Ostrogi nie są drużyną powszechnie lubianą i taka opinia nie musi dziwić. Mają – a może tylko mieli – porównywalną renomę do tej, której ucieleśnieniem była ksywka Detroit Pistons z czasów Isiah Thomasa: “The Bad Boys”. Cechą charakterystyczną Spurs z ubiegłej dekady była obrona. Nie taka, jak np. u Toma Thibodeau. Raczej taka, jak u Rona Artesta w playoffach. Idealnym przykładem tego, jakim hardkorem była defensywa San Antonio jest osoba Bruce’a Bowena. Każdy zna jego butowanie Wally’ego Szczerbiaka, ale nie tylko jemu się dostało. Lista zawodników chamsko faulowanych, kopanych kiedy leżeli na prakiecie na parkiecie, podcinanych, czy zbierających ciosy z łokcia jest naprawdę baardzo długa. Z tych bardziej sławnych Bowenowi udało się brutalnie sfaulować m.in. Chrisa Paula, Anthony’ego Parkera, Sashę Vujacica, Amar’e Stoudamire’a, Steve’a Nasha, Allena Iversona, Steve’a Francisa czy Jamala Crawforda (kolejność przypadkowa).

Poza obroną nie do końca godną sportowców, drużyna Popovicha grała koszykówkę do bólu nudną. Nigdy nie byli zespołem gwiazd lśniących tak jasno jak James, Wade i ten koleś z Kanady, nigdy nie byli skuteczni jak Lakers (sorry, zacząłem pisać ten tekst kiedy Clippers byli jeszcze “tą drugą” drużyną z Los Angeles), ani nie mieli tak wyrównanego składu jak Celtics. W 2009 roku Bowen zakończył karierę i w związku z tym wydarzeniem Spurs weszli w nowe dziesięciolecie – niekoniecznie jako zespół brutalnie broniący, ale zdecydowanie jako wciąż nudny choć skuteczny. Amerykę odkrył za nas David Lee opisując ich następujący sposób:

„Frustrujesz się grając z taka drużyną. To nie jest tak, że wychodzę na boisko czując, że są drużyną lepszą od nas. Kiedy grasz przeciwko Lakers, patrzysz na ich rozmiar i wiesz, że to będzie ciężki mecz. Myślę, że dobrze wypadamy w spotkaniach ze Spurs. Wiem, że są drużyną do pokonania, szczególnie w naszej hali. Sposób w jaki wykonują zagrywki i w jaki wykorzystują nasz każdy malutki błąd… to jest taki nudny, ale bardzo skuteczny typ gry.”


Ciężko powiedzieć coś więcej na ten temat. Siła Spurs tkwi w bezlitosnym wykorzystywaniu każdego błędu przeciwnika. Jeżeli robi się to unikając własnych strat, jednocześnie grając na solidnym poziomie, można próbować walczyć o najwyższe laury. Wiemy już, że Spurs prawdopodobnie nie są najlepsi. Ale czy są najfajniejsi? Najfajniejsi pewnie też nie są – ja jednak (na przykładzie ich pierwszej piątki) postaram się udowodnić, że na pewno nie są nudni!

Zacznijmy od – wydawałoby się – esencji nudy i bycia żadnym, nijakim; od całkowitego przeciwieństwa Arenasa z czasów bloga (czyli okresu, kiedy pomiędzy innymi zwariowanymi rzeczami, które zrobił, kupił sobie również basen z rekinami, o który to ostatnio spierał się z eks-żoną w procesie rozwodowym). Mowa oczywiście o liderze Spurs, Timie Duncanie, który poza tym, że jest prawdopodobnie najlepszym graczem poprzedniej dekady, znany jest z tego, że jego twarz nie wyraża zbyt wielu emocji. Nie jest wybuchowy jak większość sportowców dzielących z nim tę samą barwę skóry: nie pręży muskułów po każdym wsadzie, nie krzyczy nazwy japońskiej marki produkującej sprzęt grzewczy oddając każdy rzut jak wyżej wspomniany Gilbert, nie udaje samolotu po każdym zdobytym punkcie jak Jason Terry, nie pokazuje, że ma wielkie jądra jak Sam Cassel czy Eddie House, nie sugeruje, że nosi gogle po każdej trafionej trójce jak Wes Matthews i cała reszta Trail Blazers, nie macha paluszkiem po każdym bloku jak Dikembe, ani nawet nie przybija piątki po każdej asyście jak Nash. Popularny Timmy po prostu robi swoje bez zbędnego szumu wokół i wraca do domu. Zdarzyła się Joey’owi Crawfordowi mu jednak wpadka, rysa na reputacji pozbawionego emocji nudziarza. 4 lata temu w meczu przeciwko Dallas, otrzymał dwa faule techniczne, a w konsekwencji został wykluczony z meczu i musiał opuścić boisko po tym, kiedy zaczął się śmiać. Widocznie pan Crawford (swoją drogą zawieszony za tę decyzję do końca sezonu) uznał, że śmiech u Duncana to tyle, co przesadnie burzliwa reakcja u każdego innego zawodnika. Był to prawdopodobnie jeden z najdroższych uśmiechów na świecie, jako że Tim musiał za niego zapłacić karę 25 tysięcy dolarów.

Kolejny z Małej Wielkiej Trójki z San Antonio, którego biorę na tapetę, to Emanuel Ginobili. Argentyński mańkut obrósł legendą za sprawą niekonwencjonalnych zagrań, niesamowitego husltlingu i złota olimpijskiego z 2004. Ten sezon jest dla niego wyjątkowy zważywszy na zaufanie, jakim obdarza go Greg Popovich. Trener Spurs tylko raz w tegorocznych rozgrywkach nie wystawił go w pierwszej piątce. Ginobili oczywiście odpłaca za to fenomenalną grą, do tego stopnia, że zagra w niedzielę w Meczu Gwiazd oraz jest brany pod uwagę w wyścigu po tytuł MVP. To chyba jednak trochę za mało, żeby uznać, że ktoś nie jest nudny. Manu mógłby uraczyć Was niejedną historią, która raczej nie przydarzyłaby się zwykłemu śmiertelnikowi. Najlepszy przykład to zeszłoroczne Halloween, kiedy to Ostrogi grały z Kings w Sacramento. Tego dnia w hali AT&T pojawił się nietoperz. Nie minęła chwila, a Argentyńczyk znokautował biedne zwierzę przy pierwszym podejściu, popisując się tym samym dynamiką i zacięciem godnym Van Helsinga. Oszołomioną małą bestię oddał ochroniarzom i wrócił do gry. Po meczu powiedział, że jeżeli ktoś już nie może robić wsadów, musi wymyślić inny sposób by znaleźć się w wiadomościach. Doprawdy, Manu Gino miał takich sposobów więcej. Przed świętami Bożego Narodzenia ogłosił, że widział coś, co przypominało UFO. Nie mylił się co do swego spostrzeżenia, co pokazane zostało w nagraniach wideo z rozmowy z nim. Białasa łapiącego nietoperze i nawiązującego kontakt z kosmitami porównać można chyba tylko do Artesta, który (nieudolnie) udaje Luisa Scolę i rozmawia z Jezusem.

Dwa kolejne elementy układanki coacha Popovicha to stosunkowo nowe nabytki. Jednym z nich jest uczestnik wczorajszego Rookie Challenge, ze składu drugoroczniaków, DeJuan Bear Blair. Jego historia jest zdecydowanie bez precedensu. Zaczęło się w miarę normalnie: utalentowany koszykarz po skończeniu szkoły średniej udaje się na uczelnię, w tym wypadku wybór padł na Pittsbourgh. Blair radził sobie na tyle dobrze, że po dwóch latach postanowił zgłosić się do draftu. Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że zbierał średnio prawie 12 piłek w meczu. Dziwne staje się to dopiero wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę, że gość ma raptem 2 metry wzrostu! Oficjalnie. Prawda (podobno) jest taka, że bliżej mu do 1,96m. Nie przeszkadzało mu to jednak nigdy. Ma wielkie łapska i jest strasznie szeroki i silny, dzięki czemu wypracowuje sobie ładnie miejsce pod koszem. W związku ze swoimi nie-tak-znowu-oczywistymi zaletami DeJuan liczył na wybór w pierwszej rundzie draftu. Prawdopodobnie był tego dość bliski, ale podczas jednego z rutynowych badań przed naborem do ligi lekarze zdiagnozowali u niego… brak ścięgien. W obu kolanach. Kiedy sam zainteresowany dowiedział się prawdy o sobie, powiedział, że “jest lekko zszokowany”. Lekko? Are you kidding me?! Zdarzali się sportowcy ze zrekonstruowanymi ścięgnami w którymś z kolan, ale nie z zupełnym brakiem w obu. W przypadku skrzydłowego (bo trudno serio nazwać go centrem) Spurs pozostałe tkanki są na tyle dobrze rozbudowane, że trzymają kolana i chronią przed przegięciami. Chronią na tyle dobrze, że w zeszłorocznym Rookie Challenge udało mu się zebrać 23 piłki. Chronią widocznie na też tyle dobrze, że debiutancki kontrakt Blaira opiewa na niecałe 4 miliony dolarów.

Drugim z nowym dodatków w San Antonio jest Richard Jefferson. I tak jak poprzedni bohater nie przyznaje się do pokrewieństwa z byłym premierem Wielkiej Brytanii, tak i Richard nie ma wśród swoich przodków białego prezydenta USA. Podobnie jak Blair, Jefferson gra obecnie drugi sezon w Spurs – tym razem z większym powodzeniem niż w zeszłym roku. Wszyscy wiedzą, że nie każdemu łatwo wpasować się w system coacha Pop, ale może nie wszyscy wiedzą, że na formę Jeffersona mógł mieć również wpływ pewien incydent, który miał miejsce tuż przed przenosinami do Teksasu. W lipcu 2009 miał wziąć ślub z (całkiem hot) cheerleaderką Nets, dla których wcześniej grał. Wesele warte 2 miliony dolarów miało odbyć się na Manhattanie. Wszystko było już gotowe i zapowiadało się całkiem nieźle, aż do dnia zaślubin. Nazwijcie to buzzer-beaterem lub brutalnym faulem  – fakt jest taki, że Jefferson odwołał ślub na 2 godziny przed ceremonią! Okazał się być na tyle szczodry, że zostawił swoją kartę kredytową kumplom, którzy specjalnie na tę okazję przyjechali do Nowego Yorku. Po przeprowadzce do San Antonio, gdzie prasa nie ciśnie tak, jak w Nowym Jorku, udzielił wywiadu radiowego, w którym przyznał, że cała afera była rozdmuchana, bo wcale nie odwołał ślubu telefonicznie na parę godzin przed, tylko kulturalnie, zgodnie z etykietą, wysłał pannie młodej maila, 6 dni wcześniej…

Jeżeli ostatnia historia może zostać poczytana za średniej skali skandal towarzyski, to ta jest wisienką na torcie fanów tanich sensacji i prawdziwym hardkorem w spokojnym i nudnym jak Mecz Gwiazd bez Shaqa San Antonio, gdzie wszyscy są spokojni, ułożeni i mili dla siebie nawzajem. Zaczęło się od plotek. Różne źródła donosiły, że źle się dzieje u państwa Parker. Tony, mąż Evy Longorii, w wolnych chwilach również rozgrywający Spurs został oskarżony o zdradę. W internecie pojawiły się zdjęcia pikantnych smsów ujawnionych przez panią Alexandrę Parassent, byłą dziewczynę Ronaldinho, domniemaną ich adresatkę. Ta afera rozeszła się po kościach. Gorzej natomiast było, kiedy nierozsądny Tony wpadł po raz kolejny. I znowu zdradziły go smsy! Tym razem jednak rozgoryczona pani Eva złożyła do sądu papiery o rozwód. Cóż, jeżeli mamy trzymać się faktów, to jako pierwsza papiery rozwodowe złożyła kochanka Parkera, prywatnie była żona Brenta Barry’ego, eks-kolegi z drużyny jurnego Francuza. “Eks” nie tylko dlatego, że już razem nie grają, ale przede wszystkim dlatego, że już chyba nie są kumplami… A zdarzało im się razem spędzać czas (i nie mam tu na myśli tego, co wy macie!), wychodzić, pozować do zdjęć. Historia ta jest o tyle słaba, że Brent to postać poczciwa, a para jaką tworzył z Erin wydawała się idealna. Byli ze sobą od czasów liceum i kiedy nierozgarnięta szesnastolatka po raz pierwszy poszła do kina z nieopierzonym Brantem, nie miała pojęcia, że zajada właśnie popcorn z synem mistrza NBA. Dodatkowo, cała ta afera działa się w tym momencie kariery Tony’ego Parkera, w którym zaczął notować najlepsze wyniki statystyczne. Wychodzi na to, że jest zimniejszym skurczybykiem niż Delonte z czasów Cleveland, kiedy skusił się na panią Glorię (której syn też grał swego czasu w Cavaliers, LeBron – pamiętacie takiego?).

Tyle historii w jednej nudnej drużynie. Jeżeli jeszcze wam mało, to poznajcie coacha B:

Makao, po makale.

bjb

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: