Od “0” do zera

Do najważniejszych chwil sezonu jeszcze daleko, Orlando pewnie zacznie grać nieco lepiej niż obecnie, ale już teraz można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że Gilbert Arenas umarł. I jest to raczej „Kronika zapowiedzianej śmierci”, niż „Grom z jasnego nieba”. Jak do tego doszło?

W sezonie 2006/07 Gilbert Arenas był niemal na szczycie NBA. 17 grudnia rzucił Lakersom (w Staples Center!) 60 punktów. Rozgrywki ukończył ze średnią 28,4 punktu na mecz, jego Wizards zajmowali pierwsze miejsce w konferencji przed meczem gwiazd, a sam Areans został wybrany przez kibiców do pierwszej piątki wschodu. Gilbert pisał jednego z najpopularniejszych sportowych blogów w historii, po każdym meczu rzucał swoją koszulkę w trybuny, jako prezent dla fanów, opowiadał jak to w przerwach meczów licytuje na Ebayu stare koszulki koszykarskie do swojej kolekcji. W czasie Meczu Gwiazd założył się z Shaqiem, że załaduje piłkę do kosza po wybiciu się z trampoliny dla występujących w przerwie akrobatów. Zakład, ku przerażeniu władz swojego klubu i uciesze kibiców, wygrał, a konto jego fundacji wzbogaciło się o 100 000 dolarów. Na opisanie tych zabawnych, choć czasem szalonych zachowań, ukuto termin „gilbertologia”. Powstał także blog o takim tytule, w którym opisywane są do dziś wszystkie historie z nim związane. Wizards grali świetnie, choć po weekendzie gwiazd nie utrzymali pierwszego miejsca. Wydawało się jednak, że młoda i nieco szalona drużyna, dowodzona przez rewelacyjnego Gilberta, może narobić sporo zamieszania na przeciętnym wówczas wschodzie.

Początkiem końca zarówno tamtych Wizards, jak i samego Arenasa był 4 kwietnia 2007 roku. W meczu z Bobcats Gilbert wykonał zwód przed rzutem, a na jego lewe kolano spadł Gerald Wallace. Poważna kontuzja oznaczała koniec sezonu dla Gilberta i koniec nadziei dla Wizards, tym  bardziej, że niezdolny do gry był także drugi  filar drużyny – Caron Butler. Wydawało się jednak, że po operacji i żmudnej rehabilitacji Gilbert wróci w pełni formy, a Wizards będą mieli jeszcze niejedną okazję, by coś zdziałać w Play-offach. Niestety, rehabilitacja nie przebiegła prawidłowo i choć w pierwszym meczu sezonu Gilbert rzucił Indianie 34 punkty, to już trzy tygodnie później musiał poddać się kolejnej operacji kolana, która wykluczyła go z gry na niemal pięć miesięcy. Wizards trzymali się myśli, że ich lider zdąży wykurować się na najważniejsze mecze i pozostawali w wyścigu o miejsce w rozgrywkach posezonowych. Areans dotrwał do czwartego meczu przeciwko Cleveland w pierwszej rundzie play-offów, po czym ogłosił, że kończy sezon z powodu bólu w kolanie. Kontrakt kończył mu się po sezonie i władzę klubu wykazały się ogromną naiwnością wiarząc w powrót Gilberta w pełni sił, oferując mu umowę wartą 127 milionów dolarów. Areans powiedział, że wystarczy mu 116 mln, a pozostałe pieniądze włodarze Wizards powinni przeznaczyć na wzmocnienia zespołu. Kiedy wszystko wreszcie zaczęło zmierzać w dobrym kierunku, okazało się, że Arenas potrzebuje kolejnej operacji kolana. Przez cały sezon zapowiadał powrót do gry, ostatecznie zdecydował się jednak na odpuszczenie rozgrywek i pełną mobilizację na sezon 2009/10. Te rozgrywki Wizards zaczęli przeciętnie, ale Gilbert grał przyzwoicie. Widać było, że stracił nieco szybkości i skoczności, nadrabiał to jednak lepszym czytaniem gry. Przez pierwsze dwa miesiące sezonu rzucał średnio 22,6 pkt i miał 7,2 asysty na mecz (najwięcej w karierze). 21 grudnia miał miejsce niesławny już „gun accident”. Kiedy David Stern zastanawiał się jak ukarać niesfornego Arenasa, ten na rozgrzewce przed meczem udawał, że strzela do swoich kolegów.

To wydarzenie ostatecznie przelało czarę goryczy i Gilbert został zawieszony do końca sezonu. Klub pozbył się Carona Butlera, Antawna Jamisona, DeShawna Stevensona i Brandana Haywooda. W drafcie Wizards wybierali z numerem pierwszym i bez zastanowienia zdecydowali się na rozgrywającego, choć Arenas cały czas zapowiadał powrót w pełni formy na następny sezon. Ruchem tym władze klubu pokazały, że ich cierpliwość, a wraz z nią przyszłość Gilberta jako lidera Wizards, się skończyła. Arenas próbował jakoś wkomponować się w nowy zespół, sam jednak przyznał w wywiadzie, że jego dni w Wizards są policzone. Nie mylił się – 17 grudnia Wizards wysłali go do Magic za równie przepłaconego i staczającego się po równi pochyłej Rasharda Lewisa.

Dla Arenasa była to wymarzona okazja, by odbudować swoją karierę. Postanowił grać z numerem 1, z którym wcześniej w Orlando występował Penny Hardaway, do którego często Gilberta porównywano. Kiedyś porównania te dotyczyły ich nieszablonowej, szalonej i skutecznej gry. Teraz jednak wydaje się, że obydwaj zostaną zapamiętani jako niespełnione talenty, których karierę przekreśliły kontuzje kolana. Gilbert w Magic wciąż nie może się odnaleźć. Ze wszystkich sprowadzonych w grudniu zawodników prezentuje się najsłabiej, a to on miał być największa zdobyczą Orlando. Zdobywa tylko 7,9 punktu w meczu, notuje gorszą skuteczność z gry (34,5%), niż przez całą karierę miał za trzy. Natomiast zza linii 7,24 m trafia z (nie)skutecznością 25 procent! Popełnia też bezmyślne straty, czasem  w najważniejszych momentach, jak w styczniu w meczu z Chicago. Jego katastrofalna forma sprawia, że Magic nie marzą już nawet o zajęciu pierwszego miejsca po sezonie zasadniczym. W ich obecnej sytuacji za sukces należy będzie uznać utrzymanie czwartej pozycji na wschodzie i gra z przewagą własnego parkietu przynajmniej w pierwszej rundzie. A jeszcze dwa miesiące temu widziano w nim kogoś, z kim Dwight Howard stworzy duet na miarę finałów NBA.

TPB.

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: