Right back at you!

Dzisiejsza noc w NBA powinna zostać nazwana Nocą Bicia. Bicia różnych rzeczy.  Zaczął Amar’e, który w meczu z Atlantą przewrócił się i zbił dupsko lądując na parkiecie.  Niby nic mu się nie stało, ale – tak samo jak w przypadku ostatniej wywrotki Chrisa Paula – całe życie przeleciało mi przed oczami (Stoudemire’a – nie moje). Kariery obu panów dramatycznie przerywane były kontuzjami, ale pod względem absurdalności urazów z Amar’em może konkurować chyba tylko dziurawy łokieć Davida Lee.

W tym samym meczu motyw bicia podłapał Marvin Williams i popchnął (bez powodu?) Shawne’a Williamsa. Dziwi to chociażby dlatego, że panowie mogliby być przecież rodziną. Sprawa jednak wyglądała dosyć poważnie – niby to Marvin zaczął, ale Shawne ewidentnie chciał zabrać głos. Sytuacja rozeszła się po kościach, mecz skończył się wygraną Atlanty, która swoją drogą zupełnie o niczym nie świadczy . Hawks zbierali ostatnio tęgie baty, a Knicks dopiero co wygrali z Miami. Każdy rozsądny człowiek w ciemno powinien obstawić zwycięstwo drużyny z Nowego Yorku. Tak czy inaczej, obie drużyny z pewnością zobaczymy w playoffach – choć stawiam dolary przeciwko orzechom, że tylko w pierwszej rundzie.

Kolejne bicie miało miejsce Phoenix. Marcin skopał tyłek drużyny Doca Riversa, przy okazji bijąc swój rekord punktowy o pojedyncze oczko, których w sumie zebrał 19, do czego dołożył 17 zbiórek i blok (choć jestem przekonany, że widziałem dwa). Ja wiem, haters gonna hate – mecz był słaby, Boston na wyjeździe i do tego back-to-back, Doc wypadł za przewinienia techniczne w drugiej kwarcie, cała drużyna grała baardzo słabo, na początku na żenującej skuteczności a przez cały mecz udając, że bronią. Gortat zaczął świetnie, później miał małe kłopoty z wykańczaniem akcji po szytych na miarę podaniach Steve’a Nash’a. Bezbłędnie za to trafiał rzuty będąc dalej od kosza. Aha, czy wspomniałem, ze trafił trójkę? Tak, drugą w karierze (pierwsza z Cleveland) na 5 oddanych rzutów. A dodałem, że był to buzzer beater? Nie? To był. Marcin musiał chyba ostatnio trenować w magicznych goglach Wesley’a Matthewsa.

Druga połowa zarówno w wykonaniu Marcina, jak i całego zespołu z Arizony nie wyglądała już tak dobrze, bo Boston zaczął pokazywać pazury. Złym dobrym duchem drużyny okazał się być Kevin Garnett, który jako jedyny zaliczył w miarę udane zawody i dał sygnał do walki. Po mocnej, acz zupełnie przepisowej zasłonie na Mickaelu Pietrusie musiał użyć swojego wzroku szaleńca, bo zachowanie Air France nie sugerowało chęci wcielenia w życie ideałów Rewolucji Francuskiej. W czwartej kwarcie, kiedy prowadzenie Suns można było liczyć w single digits miała miejsce sytuacja kuriozalna. Channing Frye podczas oddawania rzutu za trzy został sfaulowany przez Garnetta. Nie było jednak faul zwyczajny. KG uraczył go ciosem niegodnym sportowca, mniej więcej takim, jakiego moglibyśmy się spodziewać albo po Bruce’ie Bowenie, gdyby jeszcze grał, Andrzeju Gołocie, gdyby był mniej zaangażowany w działalność społeczną, albo po Tomku Jacykowie, gdyby się wkurzył na Michała Witkowskiego. Otóż lider Celtów, wiedząc że nie zablokuje rzutu, bezczelnie spoliczkował (dosłownie!) wstydliwe miejsce oszukanego centra z Arizony. Oglądając powtórki zwróćcie uwagę na to, że  KG wykonał cios w stylu kumistu – superszybki, ze śladową ilością newtonów i niemalże udawany (nie wspominając o tym, że umiarkowanie hetero). Natomiast Channing Frye tak szybko jak poleciał na deski, tak szybko z nich wstał, żeby pokazać Garnettowi, że coś jednak ma w miejscu, w które ten chciał go ugodzić. Parę kogutów rozdzielił nie kto inny, tylko nasz polski bohater. W nagrodę dostał kuksańca najpierw od Kevina, później od Kendricka Perkinsa (który wrócił o kontuzji. Nie napisałem o tym? Ojej, może dlatego, że kompletnie nie było go widać w meczu?! Gra siano i wygląda tak słabo, że spod kosza mógłby go wypchnąć nawet Manute Bol). Nate też chciał dołączyć się do zabawy, niestety nie udało się doskoczyć. Sędziowie również się popisali: Garnett został ukarany podwójnym przewinieniem technicznym (za – uwaga – niewysłuchanie prośby o uspokojenie się oraz niewysłuchanie prośby o uspokojenie się) więc wyleciał z boiska, grad techników posypał się oczywiście na pozostałych zawodników (w tym oczywiście na Frye’a) ale dziwnym trafem ilość wykroczeń nie wyrównała się i summa summarum najpierw Nash rzucał techniczne, potem Frye zwykłe osobowe. Wiem, że to nie tekst na ten temat, ale komisarzowi Sternowi przydałoby się niezłe, nomen omen, bicie za idiotyczne zasady, które forsuje co roku. O tyle, o ile można przymknąć oko na odwróconego Jerry’ego Westa na frotce Rajona Rondo, czy absurd dekady, czyli “zasadę Stana Van Gundy’ego” (zakazującą trenerom noszenia golfów), o tyle przymykać oczu nie powinniśmy na nowe przepisy dotyczące przewinień technicznych. Połowa sezonu za nami i widać doskonale, że temperamenty się nie utemperowały. Po co ten sztuczny twór? Porządni, doświadczeni sędziowie potrafią regulować poziom agresji w grze gwizdkiem, o czym najlepiej świadczy najlepiej fenomen “fauli playoffowych”.

Boston mecz przegrał, a – biorąc pod  uwagę statystyki – ich katem był Gortat. Nie znaczy to jednak w żaden sposób, że akurat Polski Młot pokonał Celtów. Z przykrością trzeba stwierdzić, że pokonali się sami. Ani Rondo, ani Pierce (grający z urazem), ani Allen nie potrafili poprowadzić drużyny. Ławka, która zazwyczaj istotnie przyczyniała się do wyników spotkań, tym razem zaprezentowała się bardzo przeciętnie – w sumie 19 punktów, z czego najwięcej – 6, rzucił Marquis Daniels (btw – gratulacje dla taty za oczyszczenie z zarzutów!). Gortat faktycznie miał najwięcej punktów i zbiórek w meczu, nie znaczy to jednak, że dominował. Zagrał bardzo solidne zawody, bez skrupułów punktując do bólu niezdarnych tego dnia Celtów, za co Alvin Gentry wynagrodził go możliwością gry w końcówce.

Było więc bicie przeciwnika zarówno dosłownie jak i w przenośni, było bicie rekordu. Wisienką na torcie z tego dnia rozgrywek NBA jest jednak występ Brooka Lopeza, który podbił moje serce notując (w przegranym 32 punktami meczu z Indianą) 28 punktów i jedną zbiórkę. JEDNĄ. Center. Grając pół godziny. I wiecie co? To była zbiórka w ataku.

Pozostaje tylko zaapelować: panowie, nie ma takiego bicia!

 

bjb

  1. No trackbacks yet.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: